Cześć! Wracam z nowym rozdzialikiem! :D
Przepraszam, że taki krótki wyszedł... Nie miałam weny... Mógłby być dłuższy, ale wtedy pojawiłby się dopiero we wtorek, albo w środę, więc postanowiłam wstawić dzisiaj :D
Dedykuję go Shellen :D Nie pozostanę dłużna :D (nie wiem czy ona to czyta...)
Miało być życie na krawędzi i chciałam go wstawić o 23.59, bo miał być pierwszego Maja, ale nie zdążyłam... :D
Mam nadzieję, że nie ma błędów, albo, że jest ich mało, bo sprawdzałam to kilka razy :)
A Eris wyszła jeszcze dziwniej niż miała, co jest prawie niemożliwe, ale cóż...
I mam pytanie... Mam szablon specjalnie na mojego bloga, ale nie wiem czy go wykorzystać... wstawię szblonik jest TUTAJ
Czy go wykorzystać?
Zapraszam do czytania, głosowania w ankietach i pisania komentarzy!
I mam pytanie... Mam szablon specjalnie na mojego bloga, ale nie wiem czy go wykorzystać... wstawię szblonik jest TUTAJ
Czy go wykorzystać?
Zapraszam do czytania, głosowania w ankietach i pisania komentarzy!
____________________________
Obróciłam się na pięcie i znalazłam się twarzą w twarz z moją matką. Cofnęłam się szybko i podparłam o ścianę. Obrzuciłam ją nieprzyjaznym spojrzeniem. Teraz wyglądała inaczej. Miała czarną togę, płonące oczy i uśmiech seryjnej morderczyni. Czarne włosy spływały kaskadami po jej ramionach. Zakręciła je? Na portrecie były proste...
- Czego ode mnie chcesz? - warknęłam.
- A czego ty chcesz? - odpowiedziała mi pytaniem na pytanie – Chcesz stąd iść? Proszę! Droga wolna!
- Drzwi są zamknięte – stwierdziłam i zmrużyłam oczy.
- Tak. A czego się spodziewałaś, że cię tak po prostu wypuszczę? Muszę z tobą porozmawiać, inaczej bym ci się nie pokazywała i pozwoliła ci śnić dalej o tej nudnej Temidzie.
- Ale właśnie powiedziałaś... Powiedziałaś, że mogę sobie iść – na moje słowa bogini uśmiechnęła się szyderczo, a jej oczy błysnęły szaleństwem. Moja pierwsza myśl: „Ona jest szalona, mam szaloną matkę.”
- A jak myślisz, dlaczego to powiedziałam – nie zaakcentowała pytania.
- Nie wiem! - byłam już porządnie zdenerwowana – Może, żeby mnie wkurzyć?! Skąd mam to wiedzieć?!
Eris wzruszyła ramionami, przekręciła głowę i zaczęła przyglądać mi się z zainteresowaniem. Wzdrygnęłam się, bałam się tych jej oczu. Zdawały się przewiercać mnie na wylot.
- Jesteś do mnie bardziej podobna niż myślisz. A wyglądasz prawie dokładnie tak samo. Tylko ty masz proste włosy... Też kiedyś takie miałam – skinęła na obraz – Ale dość tego. Czy wiesz dlaczego chciałam cię zobaczyć?
- Nie mam pojęcia – naprawdę nie wiedziałam. Nie widziałam jej nigdy w życiu. Porzuciła mnie i tatę od razu po moich narodzinach. Nie chciałam mieć z nią nic wspólnego, a tu nagle pojawia się w moim własnym śnie i oznajmia, że chce sobie ze mną pogadać. Szczerze mówiąc miałam ochotę chlasnąć ją z liścia w twarz, a powstrzymało mnie jedynie to, że była nieśmiertelną boginią.
- A myślałam, że jesteś bystra. - głos moje matki wyrwał mnie z rozmyślań. - No dobrze. Więc powiem ci, że przyszłam, żeby porozmawiać z tobą o jednej ważnej sprawie. O twojej misji.
- O mojej misji?! Och! Po tylu latach nie odzywania się chcesz sobie po prostu porozmawiać?! - nie wytrzymałam. Złość wrzała we mnie, aż w końcu znalazła ujście i wystrzeliła całą mocą. - Nigdy cię nie obchodziłam! Zostawiłaś mnie i mojego tatę na pastwę losu i najnormalniej w świecie zniknęłaś z naszego życia! Wypraszam sobie! Poradzę sobie sama w tej misji, nie potrzebuję twojej pomocy! - aż dyszałam. Krzyczałam tak głośno, że bogini, nieznacznym ruchem, lekko zatkała sobie uszy.
- Skończyłaś? - zapytała i odsłoniła je – Jeżeli tak, to będę wdzięczna, kiedy mnie wysłuchasz. Mamy już mało czasu - zatkało mnie. To było już tak chamskie, że nawet ja nie potrafiłam na to znaleźć ciętej riposty, lub nawet zwykłej odpowiedzi. - Musisz wiedzieć, że jest to twoja misja. Nie tego twojego chłoptasia od Hadesa, czy tej wkurzającej dziewczynki, córki Demeter. Oni też są ważni, ale tym razem chodzi o ciebie. Bo jesteś moją córką – uśmiechnęła się, jakby to było coś niesamowicie szczęśliwego i w dodatku, jakby to wszystko była jej zasługa – A ja jestem dużo starsza od Olimpijczyków. Ja jestem córką Wielkiej Nyks. Bogowie siedzący na Olimpie będą się ciebie obawiać, zastanawiają się, czy nie chcesz działać po stronie swojej babki, Nocy. Od dawna pragnęła zawładnąć światem śmiertelników, twierdzi, że jest potężniejsza od innych bogów i że to jej należy się władza. Zeus i inni będą cię bacznie obserwować. Nie ufają ci. Musisz o tym pamiętać, dla ciebie spotkanie z bogiem Olimpijskim może być wyjątkowo niebezpieczne. Jeżeli jednak nadarzy się taka sytuacja, to zachowuj się, dla swojego własnego dobra, uprzejmie.
Podeszła do jednego z regałów i musnęła palcem okładki książek. Zastanawiałam się dlaczego mi to mówi. Czyżby tak nagle coś się jej przypomniało? Coś takiego, na przykład, że od prawie czternastu lat ma córkę? Że ta córka też może też pragnęłaby znać swoją matkę? Przez to, że jej nie było musiałam tyle lat żyć w różnych rodzinach zastępczych. Nikt mnie w nich nie akceptował taką jaką jestem, a ja nie chciałam udawać kogoś innego.
Moja matka stanęła przed obrazem, przedstawiającym ją i mojego ojca śmiejących się. Po raz kolejny zadałam sobie pytanie, jak tata mógł pokochać taką osobę. Czy wiedział, że jest boginią? Czy zdawał sobie sprawę, że ta szczęśliwa kobieta z portretu zostawi go zaraz po urodzeniu mu córki? Że zniknie, zostawiając go samego z małym dzieckiem? Szczerze w to wątpię.
- Musiałam to zrobić, Spite – odezwała się nagle Eris, zaskakująco łagodnym głosem. - Tak było lepiej dla niego i dla ciebie. Nie byłabym dobrą matką. Wiedziałam to już wtedy, chociaż jesteś moją jedyną córką. A twój ojciec był niezwykłym człowiekiem. Kochał mnie taką, jaką jestem. Ja ciebie też kocham, mimo że na to nie wygląda.
Przyznam szczerze. Zatkało mnie. Nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Myśli krążyły mi po głowie jak rój pszczół i co jakiś czas jedna mnie kąsała. Było ich stanowczo za dużo. Nie mogłam się skupić na żadnej z nich. Moja matka, która porzuciła mnie tuż po urodzeniu, mówi mi teraz, że mnie kocha. Z jednej strony chciałam się z nią kłócić, a z drugiej... Poczułam miłe ciepło na myśl, że jednak nie jestem jej obojętna, że może nie zostawiła mnie na pastwę losu. Że może w nieznany mi sposób czuwała nade mną.
Gdy ja starałam się ogarnąć moje myśli, bogini niezgody ruszyła w stronę schodów. Nim zdążyłam się obejrzeć świat zaczął wirować i wszystko znikało w smugach ciemności.
- Żegnaj. Pamiętaj o ostrzeżeniu – usłyszałam, zanim mrok całkowicie mnie pochłonął.
***
Obudziłam się leżąc wygodnie, rozłożona na dwóch fotelach, opierając głowę na czyichś kolanach. Na kolanach kogoś ubranego na czarno. Otworzyłam szerzej oczy. Leżałam na nogach Nico. Podniosłam się powoli, starając się nie obudzić chłopaka. „Może nie zauważył”. Wyprostowałam się zupełnie i przeciągnęłam. Gdy tylko to zrobiłam na małym ekraniku pod sufitem pojawił się komunikat „proszę zapiąć pasy. Lądowanie”. Zapięłam pasy i powiedziałam Daisy, żeby też to zrobiła. Chwilę jęczała, że nie chce i, że pasy są niewygodne, ale w końcu udało mi się ją namówić. Szturchnęłam Nico. Podciągnął nogi pod brodę i mruknął:
- Ja śpię, Spite. Jeszcze chwilkę – nie otworzył nawet oczu.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy samej go nie zapiąć, ale stwierdziłam, że nie będę go niańczyć. Jeszcze raz go klepnęłam, tym razem mocniej.
- Hej, lądujemy! Masz się zapiąć! - krzyknęłam mu prosto do ucha. To zadziałało. Otworzył te swoje czarne, niesamowite oczy i zapiął pas.
***
Wyjście z lotniska? Masakra. Jeżeli kiedykolwiek miałeś/miałaś przyjemność przepychać się przez tłum śmiertelników tak gęsty, że trudno było Ci oddychać, za pędzącą dziewczynką z ADHD, z chłopakiem swoich marzeń u boku, kiedy wiesz, że jesteś cały czerwony od gorąca mimo bladej cery, to wiesz co wtedy czułam. Jeżeli nie miałaś/miałeś tej przyjemności, to możesz to sobie tylko wyobrazić. Nie życzę, w każdym razie.
Kiedy wydostaliśmy się już z tego tłumu, uciekliśmy strażnikom i starszej pani, która oskarżała nas o morderstwo pieska (kto by się spodziewał, że tak miła kobieta może być tak zawzięta na punkcie szukania „zabójców niewinnych zwierząt”, jak to sama powiedziała), opuściliśmy jak najszybciej lotnisko i poszliśmy pomyśleć nad naszymi dalszymi planami. Usiedliśmy w kafejce.
Siedzieliśmy przy stoliku w głębi „ogródka” kawiarni. Mówiąc „ogródek” mam na myśli taras z kilkoma doniczkami, w których zasadzone były rachityczne kwiatki.
Zamówiliśmy kawę. Chociaż wszyscy spali w samolocie, nikt się porządnie nie wyspał. Po długich namowach pozwoliłam Daisy zamówić Latte Macchiato. Ona też wyglądała jakby zarwała parę nocy. Po prostu piękna z nas drużyna. Wyobraziłam sobie jak musieli nas widzieć obcy ludzie... Trójka obdartych dzieciaków z worami pod oczami. Jeden podejrzany chłopak, cały ubrany na czarno, w wieku „buntu”, dziewczyna wyglądająca na tyle samo lat co on, ubrana jak jakiś punk i mała radosna dziewczynka. Tia... Musieliśmy wyglądać nieco dziwnie. Dobrana z nas trójka.
Obejrzeliśmy mapę St. Louis i okolic i stwierdziliśmy, że jeżeli Temida jest uwięziona w jaskini, to raczej nie w samym mieście. Bardziej prawdopodobne było, że w okolicznym parku narodowym są jakieś groty.
***
Nie polecam podróży zatłoczonym busikiem z mieczami na kolanach. Do tego Daisy całą drogę jęczała, że absolutnie musi iść do toalety. Było duszno i gorąco, a jakieś starsze panie, które siedziały przed nami postanowiły pomóc mi na moją chorobę lokomocyjną, nie umiałam tego ukryć, byłam cała zielona, swoimi landrynkami od których zrobiło mi się jeszcze gorzej. Busem trzęsło niemiłosiernie przez blisko godzinę. Kiedy wreszcie dojechaliśmy na jakiś przystanek, o dziwo bez przykrych niespodzianek, wybiegłam z autokaru do lasu i rzuciłam się na świeżą trawę. Stanowczo odmawiałam ruszenia busem, więc dalej musieliśmy iść pieszo, a zostało nam jeszcze kilkanaście kilometrów. Trudno, nie miałam zamiaru tłuc się tym busikiem.
Szliśmy poboczem, a samochody przejeżdżały koło nas wzniecając kłęby kurzu. Po jakiejś godzinie wszyscy byliśmy tak zmęczeni i pokryci przydrożnym pyłem, że ledwo powłóczyliśmy nogami.
- Zarządzam przerwę! - krzyknęła Daisy i walnęła się w trawę na poboczu. Ja i Nico zrobiliśmy to samo. Przed nami droga po której jeździły rozpędzone samochody, które mogły w każdej chwili nas przejechać, za nami mroczny las, a jak wiadomo, w lesie pewnie potwory, a my sobie leżeliśmy, jak gdyby nigdy nic i mrużyliśmy oczy do słońca.
Po jakimś bliżej nie określonym czasie, mogło to być równie dobrze piętnaście minut, jak i pół godziny, postanowiłam wstać. Zrobiłam to, otrzepałam się z pyłu, który mnie pokrył kiedy tu leżałam i spróbowałam obudzić Daisy. Po kilku ładnych prośbach, całkowicie zlanych przez córkę Demeter, wylądowała w rowie za poboczem, nic nie poradzę na to, że nie lubię budzić ludzi w kulturalny sposób. Usiadłam i spuściłam tam nogi, żeby pomóc jej wyjść, ale okazało się to wielkim błędem. Po chwili i ja siedziałam w rowie wciągnięta tam przez chichoczącą Daisy. Stoczyłam się tam po wysokim na trzy metry zboczu. Spadając ściągnęłam córkę Demeter z powrotem na samo dno.
- Masz trawę we włosach! - krzyknęła i aż położyła się ze śmiechu. Kępki zeschłej roślinności wystawały jej spod bluzy i z butów.
Wyglądała komicznie leżąc w tym rowie i zaśmiewając się do łez z trawą na całym ciele. Ja też pewnie nie wyglądałam lepiej. Przeczesałam palcami włosy i wyjęłam z nich chyba tonę rozmaitych roślin.
- Chodź! - Daisy wspięła się na ścianę rowu i ostrożnie wyjrzała za brzeg – Jeszcze śpi! - oznajmiła głośnym szeptem – Musisz zobaczyć coś świetnego! Raz zrobiłam tak tacie!
Zainteresowana podczołgałam się bliżej. Córka Demeter jeszcze nie pokazała nam swoich „mocy”, a na to się teraz zapowiadało. Kiedy wyjrzałam na pobocze zobaczyłam, że znajdujemy się tuż za śpiącym jeszcze Nico. Daisy zacisnęła oczy i wsunęła palce w trawę. Przez jakiś czas nic się nie działo, ale po chwili rośliny obok niego zaczęły rosnąć jak w przyspieszonym tempie. Patrzyłam jak oniemiała jak zaczynają go oplatać. Dosłownie dwie minuty później syn Hadesa był cały zaplątany, gdyby się teraz obudził, nie mógłby się ruszyć. Daisy otworzyła oczy i spojrzała na Nico. Uśmiechnęła się widząc swoje dzieło i wyszła z rowu. Kucnęła przy nim i przyjrzała się dokładnie. Nim zdążyłam cokolwiek zrobić krzyknęła:
- Nico! Obudź się! - wstała szybko i zrobiła kilka kroków w tył. Rezolutne dziecko...
Nico otworzył oczy i spróbował się poruszyć, oczywiście nie udało mu się tego zrobić. Rośliny dzielnie się trzymały. Najzabawniejsze, dla mnie i Daisy, oczywiście, nie sądzę, żeby Nico'wi się to podobało, było to, że trawa oplotła mu również usta i wszystko rozgrywało się w kompletnej ciszy. Po chwili zamyślenia syn Hadesa zamknął oczy i rozpłynął się w cień pojawiając się parę metrów dalej.
- Co to miało być? - Nico otrzepał się mniej-więcej z trawy i innych roślin.
- Ja tylko pokazywałam Spite, jak można kogoś bardzo łatwo unieruchomić – odparowała córka Demeter – Poza tym musimy już iść! - krzyknęła i bez żadnego dokładniejszego wyjaśnienia ruszyła dalej drogą. Nico wzruszył ramionami i poszedł za nią, a ja obok niego.
***
Szliśmy już około piętnastu minut, a jeszcze nikt się nie odezwał. Daisy biegała od jednej strony drogi do drugiej, Nico wsadził ręce w kieszenie i szedł z opuszczoną głową, a ja zastanawiałam się, czy przerwać tą krępującą ciszę. W końcu stwierdziłam, że powinnam się odezwać. Już miałam się spytać Nico, co robi, kiedy nie przebywa w żadnym obozie, kiedy to on się odezwał.
- Wiesz... Szukałem cię wtedy, kiedy na mnie wpadałaś, bo zauważyliśmy, że potwory się częściej pojawiają w tamtym rejonie. I właściwie nie wiedziałem kogo spotkam...
- Tak? Aha – nie za bardzo wiedziałam co powiedzieć.
- Tak i... Hmm... - Nico spuścił wzrok. Cały był czerwony. O co mu chodzi? - I... No. Cieszę się, że to byłaś właśnie ty – wyrzucił w końcu.
Zatkało mnie. Cieszyłam się, że to powiedział, ale nie wiedziałam co zrobić.
- A ja cieszę się, że to ty mnie znalazłeś – odezwałam się w końcu.
- Tak? - podniósł głowę i uśmiechnął się lekko. Ślicznie tak wyglądał. Słońce odbijało mu się w oczach. Wyglądały jak niebo w nocy z zapalonymi gwiazdami.
- Tak. Nawet bardzo – odważyłam się powiedzieć.
Od dawna wiedziałam, że on mi się podoba, a po jakimś czasie utwierdziłam się w przekonaniu, że go kocham, ale wiedzieć to, to coś zupełnie innego niż powiedzieć to jemu. Już miałam się zebrać na odwagę, kiedy coś mi przerwało.
- Patrzcie! - krzyknęła Daisy.
Popatrzyłam na nią. Wskazywała na coś ręką. Podążyłam za nią wzrokiem. Coś cholernie wielkiego siedziało za drzewami i warczało z cicha. Byłam pewna, że patrzy prosto na nas. Szybko wyciągnęłam miecz z pochwy. Nico zrobił o samo, a Daisy podbiegła i stanęła za nami. „Coś” wydało odgłos podejrzanie przypominający rozwścieczony ryk i wyskoczyło zza drzew.