piątek, 20 czerwca 2014

One-Shot: Oczami syna Hadesa

Niestety nie miałam weny do tego opowiadania, ale za to powstało coś takiego...
Tego one-shot'a dedykuję Lakii za pomoc w poprawianiu go, za wystawienie "recenzji" i za ogólne wsparcie!
Jest to... fragment książki Rick'a pisany właśnie "oczami" Nico. Nie ma się to nijak do historii na moim blogu.
Bardzo proszę o komentowanie!
____________________________________

Ktoś powiedział mi, że zapisanie czegoś, co jest dla ciebie ciężkie pomaga w bólu. Cóż. Mam głęboką nadzieję, że się nie mylił, ponieważ nie chcę wyjść na ostatniego idiotę, który pisze pamiętnik. Nie jestem idiotą i nie będę pisał pamiętnika. Chcę zapisać tylko to jedno wydarzenie, może to rzeczywiście pomoże? Kto wie. Zacznę więc od dnia, w którym stałem się inną osobą. Albo inaczej. Od dnia, w którym odkryłem, że jestem inną osobą, niż myślałem.

Wybiegłem szczęśliwy z domku Hermesa. Właśnie dowiedziałem się, że wróciła misja, na którą wyjechała moja siostra Bianca. Kochałem ją jak nikogo innego. Była moją jedyną rodziną; matka umarła, a ojciec był bogiem [wtedy jeszcze nie wiedziałem jakim]. W każdym razie... Byłem nieźle obrażony na siostrę, która miała dość opiekowania się mną i dołączyła do Łowczyń Artemidy, a potem wyruszyła na niebezpieczną misję, ale i tak byłem szczęśliwy, że już wróciła i byłem gotowy się z nią pogodzić.
Postanowiłem zignorować koszmary, które nawiedzały mnie od kilku dni. Przedstawiały Bianc'ę stojącą w kolejce do wielkiego namiotu, w którym siedziało trzech facetów w złotych maskach. Nie wiedziałem wtedy dlaczego wiem, że nazywa się on Namiotem Sądu, ale byłem pewien, że gdyby sny były prawdziwe, to moja ukochana siostra byłaby już martwa. Po prostu to czułem. A mimo to postanowiłem zignorować to uczucie i nie popadać w panikę, ani w depresję. Ale byłem głupi... Przecież od początku mówiono mi, że sny są bardzo ważne, że prawie zawsze coś znaczą. Ale nie, ja musiałem być idiotą i mieć złudne nadzieje.
W każdym razie, wracając do tematu, wybiegłem właśnie z domku Hermesa, gdzie mieszkałem jako jeden z wielu „nieuznanych” dzieciaków czekających, aż ktoś się do nich przyzna. Wszyscy wyglądali podobnie, jakby czekali na ważny telefon, ale jednocześnie wiedzieli, że nikt nie ma do nich numeru. To było dołujące, ale ja starałem się nie załamywać. Ja miałem rodzinę, ja miałem siostrę. Nawet jeżeli nie mieszkała na stałe w Obozie, to jednak istniała, a Łowczynie czasem odwiedzały herosów.
I znowu odbiegłem od tematu. Dobra. Wybiegłem z domku i od razu popędziłem do Wielkiego Domu. Sypał śnieg, a przecież granice były zaczarowane tak, żeby pogodę dało się kontrolować. Na zewnątrz musiała być niezła zawieja. Byłem ciekawy, czy to z powodu bogów. Od kiedy dowiedziałem się, że istnieją we wszystkim szukałem ich ingerencji w nasz świat.
Wbiegłem na werandę i zastanowiłem się nad zapukaniem w drzwi. Z jednej strony, to było grzeczne, a z drugiej... mogliby mi nie pozwolić wejść.
Przez chwilę stałem na zimnie. Czułem, jak mróz szczypie mnie w policzki. Mimo wątpliwości zapukałem, ale też natychmiast otworzyłem drzwi.
Uśmiechnięty rozejrzałem się po pokoju, do którego wpadłem. Chejron i parę starszych obozowiczów siedziało przy stole do ping-ponga. Beckendorf, Silena Beauregard, bracia Hood, Clarisse od Aresa (wyglądała, jakby coś ją zaatakowało, nie chciałbym się z tym spotkać, co prawda nie poznałem dobrze córki boga wojny, ale z opowiadań innych herosów wynikało, że mam szczęście, że nie ma jej w obozie) i Annabeth. „Więc się udało!” - pomyślałem - „Misja się udała, przecież oni pojechali ją ratować!”. Nie widziałem wprawdzie mojej siostry, ale też nie było tam Łowczyń, uznałem, że pewnie jest gdzieś z nimi. Zignorowałem ponure miny herosów.
Przy stole siedziała jeszcze jedna osoba.. Percy. Na jego widok miałem ochotę uśmiechnąć się jeszcze szerzej. Ale nie zrobiłem tego, tylko zapytałem:
- Hej! Gdzie... Gdzie jest moja siostra?
Może ja się cieszyłem, że widzę syna Posejdona, ale on z widzenia mnie raczej nie był zadowolony. Zrobił grobową minę. Zapadło głuche milczenie. Co, na Hadesa się dzieje? Czy...? Nie, na pewno nie.
- Hej, Nico. - Wstał z krzesła. - Chodźmy się przejść, okej? Musimy porozmawiać.

Percy gadał i gadał, ale ja nic nie powiedziałem. W mojej głowie krążyła tylko jedna myśl, jak mantra: „Ona nie żyje. Nie mam nikogo.”.
Zostałem całkiem sam. Bez jedynej rodziny, jaką kiedykolwiek miałem. Matki nie pamiętałem, a co mi po ojcu, który nawet nie chce się do mnie przyznać?
Miałem tylko ją, teraz już nie. Nigdy z nią nie porozmawiam, już nigdy nie usłyszę jej śmiechu. Już nigdy mnie nie pocieszy, kiedy będę się bał.
Chłopak brnął coraz głębiej w bezsensowne tłumaczenie się. Coś o odwadze i bohaterskich czynach, o poświęceniu dla ogólnego dobra. Bzdury. On obiecał. Obiecał, że będzie ją chronił. Nie dotrzymał słowa. Cała jego postać rozsypała się w gruzach. Od początku był dla mnie kimś idealnym, jakby jedna z moich postaci w tej głupiej grze ożyła. Nienawidziłem się za to, co do niego czułem, ale myślałem przynajmniej, że mogę mu ufać. I ufałem, bardzo. Poprosiłem go, żeby zajął się moją siostrą, a on powiedział, że to zrobi. Spojrzałem w te jego zielone oczy i pomyślałem: ”Przecież jego nie można pokonać, to prawdziwy Heros”. Może tak, jago pokonać się się nie dało, ale to nie znaczyło, że może obronić wszystkich. Nie umiał obronić Bianki. Nie był herosem. Był zwykłym kłamcą, jak wszyscy wokoło.
- Chciała, żebym ci to dał. - Jego głos wyrwał mnie z rozmyślań. Podniosłem opuszczoną głowę i patrzyłem, jak wyciąga z kieszeni małą statuetkę bóstwa.
Wziąłem ją do ręki. To był bóg ubrany w czarną szatę, na której połyskiwały szkliste twarze. Jego oblicze było blade, a w oczach malowało się okrucieństwo. Nie widziałem go wcześniej, ale poznałem od razu. To był Hades, pan Podziemia.
Staliśmy w pawilonie jadalnym, w tym samym miejscu, w którym on przysiągł mi, że nic się jej nie stanie.
- Obiecałeś, że będziesz ją chronił – wydusiłem zbolałym głosem.
Percy skrzywił się. Oczy mówiły o wielkim bólu, jaki mu zadałem, ale nie przejąłem się tym. Nie chciałem się przejmować. Tępy ból po utracie siostry rozlał się na całe ciało. Nie czułem już nic poza nim. Nie mogło mi być przykro. Nie mogłem czuć.
- Nico – powiedział. - Próbowałem. Ale Bianca poświęciła siebie, aby ratować pozostałych. Mówiłem jej, żeby tego nie robiła. Ale ona...
- Obiecałeś!
Patrzyłem na niego starając się go znienawidzić. Do oczu powoli napływały mi spóźnione łzy. Ze złości zacisnąłem palce na figurce, którą nadal trzymałem w ręce. Zabolało mnie, ale mniej niż to, że ona nie żyła, ten ból odwrócił uwagę od tego gorszego, ale tylko na trochę.
- Nie powinienem ci ufać – głos mi się łamał, ale mówiłem to, co myślałem. Wyrzucałem z siebie cały ból. - Okłamałeś mnie. Moje koszmary były prawdziwe!
- Zaczekaj, jakie koszmary?
Nie trzeba było tego mówić. Teraz będzie starał się mnie pocieszyć. On nie jest Bianc'ą. Nie będzie mnie pocieszał.
Rzuciłem posążek na ziemię. Zabrzęczał na zamrożonej posadzce.
- Nienawidzę cię!
- Ona może jeszcze żyje – powiedział, ale w jego głosie słychać było tylko rozpacz. Nie było nadziei. - Nie wiem na pewno...
- Ona nie żyje. - Zamknąłem oczy. Czułem, że cały drżę. Moja głupota nie zna granic. - Powinienem się domyślić. Ona jest na Łąkach Asfodelowych, stoi przed sędziami, czeka na osąd. Czuję to. - Przed zamkniętymi powiekami migały mi obrazy. Nie tylko te, które widziałem we śnie, Również nowe.
- Jak to czujesz?
Miałem mu odpowiedzieć. O obrazach, o brzęczeniu w uszach i o snach. O snach pełnych martwych ludzi, których bałem się tak, że nie mogłem spać. Nie zdążyłem. Sen stał się jawą.
Na początku usłyszałem syczące, grzechoczące odgłosy. Potem zobaczyłem, jak spod ziemi wstają szkielety. Cztery szkielety w mundurach wojskowych. Trupy. Same kości, które wygrzebywały się z ziemi. Wyglądały jak marionetki, nie miały prawa się poruszać. A mimo to właśnie to robiły. Stanęły na nogach, a ich białe kości lśniły przerażająco w świetle księżyca.
Percy wyciągnął miecz, a ja usłyszałem krzyk, dopiero później zdałem sobie sprawę, że należał do mnie. Syn Posejdona odwrócił się na pięcie i stanął twarzą w twarz z szkieletowymi wojownikami. Wyglądał, jakby miał zamiar z nimi rozmawiać.
- Chcesz mnie zabić! - wrzasnąłem, chociaż nie do końca wierzyłem we własne słowa. - Sprowadziłeś te... te okropności?
- Nie! To znaczy tak, one za mną idą, ale nie! Uciekaj, Nico. Ich nie da się zniszczyć.
- Nie ufam ci! - Tym razem mówiłem prawdę. Nie ufałem mu, już raz popełniłem ten błąd. Nigdy więcej nikomu nie zaufam. Nikomu.
Pierwszy z wojowników rzucił się na chłopaka. Odparował jego uderzenie, ale ci, co zostali wcale się tym nie przejęli. Jednego ciął w brzuch tak mocno, że rozleciał się na kawałki, ale ku mojemu przerażeniu zaczął się ponownie odtwarzać. Następny stracił głowę, ale nic go to nie ruszyło i dalej atakował.
- Nico, uciekaj! - Powtórzył Percy, tym razem krzycząc. - Sprowadź pomoc!
- Nie! - przycisnąłem dłonie do uszu. Nie ucieknę.
Stałem w miejscu, z rękoma przy uszach, starając się zagłuszyć odgłosy walki własnym oddechem. Nie ruszę się z miejsca. Na złość temu kłamcy. Nie pobiegnę na pomoc, niech sam sobie radzi.
Wściekłem się na wojowników. Kolejne przerażające trupy. Było ich za wiele. Byli wszędzie. Na każdym miejscu, jako duchy. A ci byli z krwi i kości. Albo z samych kości.
Słyszałem, jak przez mgłę odgłosy walki. On nie miał z nimi szans, oni nie umierali.
- Nie! - wrzasnąłem jeszcze głośniej. - Wynocha! - włożyłem całą wściekłość na cały świat i ludzi w te słowa.
Ziemia się zatrzęsła. Otworzyłem oczy, w chwili, kiedy pod ich nogami rozwarła się szczelina, a chłopak odskoczył w ostatniej chwili. Wbrew woli poczułem ulgę. Nienawidziłem tego czegoś, co kazało mi ją czuć. Nienawidziłem Percy'ego Jacksona.
Szczelina zamknęła się z głośnym trzaskiem. Została tylko długa na siedem metrów rysa. Poczułem, jak opuszczają mnie siły, miałem ochotę osunąć się na kolana, ale nadal stałem, nie chciałem, żeby on wiedział to, co ja. A ja wiedziałem, że to ja stworzyłem tę przepaść.
- Jak ty to... - szepnął syn Posejdona z podziwem w głosie. Znałem ten ton. Często go używałem.
- Wynocha! - krzyknąłem. - Nienawidzę cię! Chciałbym, żebyś umarł!
To nie była prawda, mimo że chciałem, żeby się nią stała. Nie potrafiłem go nie... Nadal nie umiem tego powiedzieć, ale myślę, że nie trzeba. Udowodniłem to głupstwo swoim zachowaniem.
Ciągle drżąc z wściekłości zbiegłem po schodach, kierując się w stronę lasu. Słyszałem, że biegnie za mną, ale chyba się poślizgnął i został w tyle.
Wbiegłem między drzewa. Cienie przesuwały się szybko, a ja poczułem się trochę lepiej.
Nagle potknąłem się o korzeń. W ostatniej chwili, kiedy już miałem rozkwasić sobie twarz, skupiłem się w sobie, próbując otoczyć się miękkim mrokiem. Jest to uczucie nie do opisania. Zapadasz się w ciemność, a potem pędzisz. Uciekasz od wszystkiego. To jest szczęście.
Nie przerażały mnie już wycia i tajemnicze odgłosy. Nie wiem, jak długo to trwało, ale w końcu upadłem na trawę i zamknąłem oczy. Zasnąłem.

Obudziłem się gdzieś w lesie, ale na pewno nie tym, który rósł za Obozem Herosów. Poczułem się wolny. Mogłem iść, gdzie chciałem. Mogłem robić, co chciałem. A chciałem dowiedzieć się czegoś o mojej rodzinie. Już podejrzewałem, kto jest moim ojcem. Wiedziałem, że jeżeli się nie mylę, to moje miejsce stanowczo nie jest w Obozie. Był jeszcze jeden powód, ale nie chciałem go uznać.
Jestem synem Hadesa, a moje miejsce jest pomiędzy umarłymi. Jestem inny, niż myślałem. Jestem przeklęty.

środa, 18 czerwca 2014

Rozdział XII

Słowem wstępu przeproszę Was za to, że tak długo czekaliście na ten rozdział. Byłam na zielonej szkole i nie miałam szansy pisać, więc jakoś tak wyszło, że dopiero teraz skończyłam... Do tego ten post jest strasznie krótki, o całe dwie strony od poprzedniego (u mnie w wordzie, w każdym razie).
Muszę wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Mianowicie, nie wiem, czy w tym miesiącu pojawi się kolejny rozdział, a w lipcu wyjeżdżam. Na calusieńki miesiąc, bez internetu! Więc w całym lipcu nie pojawi się kolejny rozdział! Ale przysięgam na Styks, że na początku sierpnia będzie on na pewno! Albo w ostatnich trzech dniach lipca :)
Cóż, trudno! Zapraszam do czytania i przypominam o tym, że komentarze bardzo motywują do dalszego pisania!
_________________________________

Jeżeli nie byliście nigdy świadkami pożaru, w którym prawdopodobnie ginęła Wasza rodzina, lub bliscy, to nigdy nie zaznaliście prawdziwego poczucia paniki. Jeżeli znaleźliście się kiedyś w takiej sytuacji, to szczerze Wam współczuję.
Kiedy ogarnęłam myślami fakt, że Daisy i Temida znajdują się w płonącym pokoju, poczułam się, jakby cały świat zawalił mi się na głowę. Kłęby dymu wznosiły się ku niebu, szczęśliwe, że mogą rozwiać się w rześkim powietrzu i zapomnieć o płomieniach trawiących wszystko wokoło.
Z osłupienia wyrwał mnie krzyk. Ktoś znajdujący się we wnętrzu budynku krzyczał przeraźliwie. Puściłam się pędem w stronę wejścia do hotelu. Tuż za sobą słyszałam odgłosy kroków Nico.
Wpadłam do środka i zaczęłam biec po schodach w górę. Na kolejnym piętrze byłam zmuszona przymknąć powieki. Gęsty dym gryzł mnie w oczy i wysysał tlen z płuc. Kaszląc odbiegłam do drzwi, które, jak podejrzewałam, prowadziły do pokoju, z którego wydobywał się dym.
Otworzyłam je i stanęłam. Uderzyła mnie fala żaru. W środku ktoś coś krzyczał, pewnie Daisy.
Nico minął mnie i wbiegł do środka. Otrząsnęłam się i wbiegłam za nim.
Niewiele widziałam, z powodu dymu, ale ujrzałam, jak płomienie skaczą po meblach stojących pod ścianami.
Po przeciwległej stronie pokoju stała Daisy. Pochylała się nad kobietą, w której, po dokładniejszym przypatrzeniu się, poznałam Temidę. Ciągnęła ją za ramiona. Temida chyba nadal spała, co mnie nie zdziwiło, według Hypnosa tylko on mógł ją obudzić.
Podbiegliśmy do córki Demeter i bogini. Nico złapał Temidę, a ja pomogłam mu ją wynieść z pokoju. Daisy szła przed nami. Wydawało mi się, że coś mówi, ale w trzasku spadających i przeżeranych ogniem mebli i ryku syren strażackich nie słyszałam, co.
Wypadliśmy na korytarz i kaszląc zbiegliśmy po schodach. Po chwili leżeliśmy już na trawie pod budynkiem i patrzyliśmy jak płomienie wypalają doszczętnie pokój, w którym jeszcze przed chwilą byliśmy.
Jak przez mgłę dotarło do mnie to, że strażacy gaszą pożar i sprawdzają, czy nikt nie zginął. Jeden z nich podszedł do nas.
- Dzieci? Wydostałyście się z pożaru? - skrzętnie go zignorowałam i dalej patrzyłam na hotel, który powoli gasł, dzięki wysiłkom strażaków.
- Wiecie, co wywołało pożar, dzieci? - co za idiota. Nikt z nas nie czuł się już wtedy dzieckiem. Nawet Daisy nie można było zaliczyć w pełni do tej kategorii, za wiele już przeszła. Zerknęłam na nią niespokojnie; siedziała obok mnie i tępo wpatrywała się w niebo, które powoli zmieniało barwę na różową. Chyba nic jej nie było, ale była nieźle oszołomiona. Temida nadal spała, a Nico... Nico patrzył na "dzielnego strażaka" miną, która świadczyła o wielkiej chęci zadźgania tego nachalnego faceta mieczem. No cóż.
- Dzieci... - tym razem nie dałam mu dokończyć.
- Niech pan się odwali z tymi "dziećmi"! - za dużo negatywnych emocji, jak zawsze skończyło się to wybuchem – Żadne z nas nie jest dzieckiem! Nic mnie nie obchodzi, co wywołało ten idiotyczny pożar, podobnie jak pana! Niech pan lepiej pomyśli, jak to by się skończyło, gdyby się pan pospieszył i nie zastanawiał, czy ktoś nie zadzwonił "dla zabawy"! To pana wina, że nie udało się tego ugasić na czas! - wstałam i podparłam się rękami pod biodra – Idziemy.
Pomogłam wstać córce Demeter i spojrzałam wyczekująco na syna Hadesa, który, kiedy zobaczył moją minę, również wstał i spróbował podnieść boginię. Na wszystko patrzył osłupiały strażak, który wciąż zastanawiał się, skąd ta mała i głupia dziewczynka wie, że myślał, że ktoś, kto dzwoni do remizy żartował. Najwyraźniej doszedł do niepomyślnych dla nas wniosków, bo kazał nam się zatrzymać, co nie było konieczne, ponieważ z powodu śpiącej Temidy nie byliśmy nawet w stanie ruszyć.
Zawołał swoich kolegów i chwilę później byliśmy eskortowani przez czwórkę rosłych mężczyzn do wozu policyjnego. Tylko tego nam brakowało.

***

- Nic nie zrobiliśmy! – Nico próbował wyperswadować komisarzowi z głowy wsadzenie nas wszystkich na noc do celi. Siedzieliśmy tu już prawie cały dzień. Jeden z trzech. Cholera by wzięła tych nadgorliwych stróży prawa!
Jak narazie żaden z argumentów syna Hadesa nie trafił do faceta-wiloryba siedzącego przed nami za biurkiem na obrowowym krześle. Mimo absurdalnej sytuacji w jakiej się znaleźliśmy nie mogłam się nie zastanawiać, jak to możliwe, że jeszcze nie zapadł się pod ziemię. Zresztą byłoby to niezłe wyjście z sytuacji.
Teoretycznie mogliśmy przenieść się cieniem, Nico powiedział mi w samochodzie, że byłby w stanie to zrobić, ale oni już nas sfotografowali i bylibyśmy zbiegami poszukiwanymi w całych Stanach, a mieliśmy już za dużo kłopotów, nie potrzebowaliśmy kolejnego obciążenia w postaci goniącej nas policji.
Grubas westchnął i spróbował się zaśmiać, co skończyło się astmatycznym kaszlem. Ten gość dziwił mnie coraz bardziej. Jak on w ogóle tutaj trafił?!
- Moje kochane dzieci – już zastanawiałam się, z której strony mu przywalić, ale syn Hadesa odgadł moje zamiary i położył mi rękę na ramieniu. Może to i dobrze, chyba nie chciałam znać konsekwencji rozkwaszenia twarzy ważnemu policjantowi na przesłuchaniu. Wieloryb kontynuował wypowiedź po opanowaniu kolejnego ataku kaszlu.
- Ja chcę tylko wiedzieć, co robiliście w miejscu pożaru z kobietą w śpiączce.
- Po raz kolejny panu tłumaczę – odparłam drżącym ze złości głosem – że nie jest to pana sprawa, i że kobieta ta wcale nie jest w śpiączce, ale będzie, jeżeli nie odwieziemy jej na czas w odpowiednie miejsce!
- Proszę nie podnosić głosu – komisarz wziął łyk kawy i odkaszlnął parę razy – Wspomniałaś o "odpowiednim miejscu", czy mogłabyś mi wytłumaczyć, dlaczego nie miałby nim być szpital w St. Louis?
I tu sprawa się komplikowała. Próbowałam już wielu sposobów na uniknięcie wyjawiania miejsca, gdzie musimy przenieść Temidę, a kiedy w końcu stwierdziłam, że trudno, najwyżej Zeus trafi mnie piorunem piorunów, i podałam im adres (a raczej nazwę parku) nasi ukochani policjanci stwierdzili, że nie ma takiego miejsca, a uściślając Blue Vallay Park owszem, istnieje, ale żadnego drewnianego domu tam nie ma i "o ile im wiadomo" nigdy go nie było. Tak więc sprawa nie została rozwiązana i szczerze mówiąc była dla mnie tak samo niezrozumiała, jak to, że Wieloryb jeszcze nie rozwalił krzesła swoim grubym tyłkiem.
- Niestety jesteśmy zmuszeni zatrzymać was w areszcie – w jego głosie nie słuchać było najmniejszej nuty współczucia.

***

- Wyglądacie, jakby jakiś potwór was pożarł i wyrzygał – to było pierwsze zdanie, jakie wypowiedziała Daisy od czasu, kiedy wyciągnęliśmy ją z płomieni. Muszę powiedzieć, że zaczęłam ją podziwiać. Byłam pewna, że mała zaraz się rozbeczy, a ona wyskakuje z czymś takim.
- Cóż, dzięki – odpowiedziałam starając się otrzepać trochę z błota i sadzy.
Siedzieliśmy zamknięci w celi i zastanawialiśmy się, jak opuścić to miejsce. Żadne z nas na razie na nic nie wpadło. Nadal istniała możliwość podróży cieniem, ale naprawdę nie chcieliśmy widnieć na plakatach "poszukiwani". Ten Wredny Wieloryb, powszechniej znany jako Pan Komisarz, stwierdził, że jesteśmy winni pożaru, więc z rangi "podejrzani" awansowaliśmy na "podpalaczy". Nie wiedzieć czemu nie zależało mi na kolejnym awansie. Na przykład na "zbrodniarzy".
- A może ładnie go przeprosimy i powiemy, że to rzeczywiście nasza wina? - spytała Daisy .
- To nie byłby zły pomysł, ale żadne z nas teoretycznie nie istnieje, a oni chcieliby skontaktować się z naszymi rodzicami – Nico zrobił ponurą minę i mówił dalej – Najgorzej miałaby Spite, bo ona uciekła z rodziny zastępczej. Daisy trafiłaby prawdopodobnie do taty, a ja... nie wiem. Ja nie istnieję. Według akt Nico di Angelo to jakiś koleś, który urodził się we Włoszech przed Drugą Wojną Światową i nie wiadomo, co się z nim potem stało.
Zapadła cisza. W pokoju obok słychać było stukanie klawiatury, może to ktoś pisał o nas raport.
Sytuacja bez wyjścia. Będziemy tu siedzieć, aż sobie odpuszczą, czyli długo, jeżeli o naszym wypuszczeniu będzie decydował Pan Wieloryb. Coś nie dawało mi spokoju, jedna myśl.
- Daisy – zagadnęłam – Co właściwie wywołało ten pożar?
- Temida – odpowiedziała córka Demeter spokojnie.
- Temida?! - nie rozumiałam ani trochę, przecież bogini spała!
- No tak, Temida – Daisy chyba nie rozumiała mojego zdziwienia.
- A jak dokładnie to się stało? – spytał Nico delikatnie, jakby bał się odpowiedzi.
- No... Włączyłam telewizję i zaczęłam oglądać jakiś głupi teleturniej, bo nie było Animal Planet i jak krzyknęłam, że coś tam, już nie pamiętam, co, jest niesprawiedliwe, to ta pani bogini mruknęła pod nosem "niesprawiedliwe" i nie otwierając oczu uniosła ręce. Z końców jej palców wyleciały płomienie, ale nie tak, jak z palców tego śmiesznego chłopaka w obozie...
- Leo? - wyrwało mi się.
- No tak, chyba tak, ale nie przerywaj! No, w każdym razie, te płomienie były śliczne i układały się w wzorki coś jak roślinki, taki bluszcz i poleciały do telewizora, ale jak do niego doleciały, to przestały być takie śliczne i telewizor wybuchł. A potem zapaliły się zasłony, a potem inne rzeczy w pokoju, a ja próbowałam ruszyć Temidę z miejsca. No, i wtedy wbiegliście wy.
Córka Demeter skończyła mówić i położyła mi głowę na ramieniu.
- Ale ja wiem, że ta pani bogini nie chciała tego zrobić. To znaczy; nie chciała podpalić pokoju.
- Też tak myślę – powiedziałam, ale Daisy już spała.
Na chwilę zapadła cisza, którą przerywało tylko tykanie zegara. Odmierzał nieubłagalnie czas, który traciliśmy w tym durnym miejscu. Głupi Wieloryb!
- Musimy ich przekonać, że to nie nasza wina – mruknął Nico z głowa schowaną w dłoniach.
- A jak? Zresztą to jest nasza wina. A dokładniej mówiąc - Temidy.
- Ale ona nie chciała podpalić tego budynku – jęknął z rozpaczą.
Nie chciała, wiem, ale ta wiedza nic nam nie da; chciałam powiedzieć, ale uznałam, że nie będę go "dobijać".
Daisy zsunęła mi się z ramienia i ułożyła się na moich kolanach.
- Musimy przenieść się cieniem – stwierdziłam po chwili namysłu – To jest jedyne dobre wyjście.
- I jedyne złe – odparł syn Hadesa nadal nie podnosząc głowy – W ogóle nie mamy innego. A to jest beznadziejne!
- Jesteś promykiem słońca w ciemnościach, Nico - oświadczyłam z powagą.
- Ale to prawda!
- Wiem – odparłam zrezygnowana.
- Poczekamy, aż Daisy się obudzi. Potem przeniesiemy się do szpitala, zabierzemy Temidę, gdzieś odpoczniemy i lecimy do Hypnosa – syn Hadesa wyprostował nogi i oparł się o ścianę.
Kiwnęłam głową na "tak", nie miałam lepszego pomysłu. Najtrudniejszym punktem wydawało mi się zabranie Temidy ze szpitala. Podobno zamknęli ją w jakiejś sali i podpięli do kroplówek. Nienawidziłam szpitali. Kiedyś uwięzili mnie w jednym i też przyczepili do mnie te wszystkie brzęczące urządzenia i rureczki. Biały pokój i ludzie ubrani w niezdrowo zielone kilty. Na samą myśl robiło mi się niedobrze.
Wracając do tematu; w szpitalu zawsze ktoś pilnuje pacjentów. Jak zabrać jednego (a raczej jedną) z nich bez zauważenia przez personel, albo jakąś pielęgniarkę?
Kiedy tak rozmyślałam drzwi celi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, a w nich pojawił się młody policjant, którego wcześniej nie widziałam. Bez słowa wszedł do środka i postawił na podłodze tacę z jedzeniem dla trzech osób. Woda i chleb z bliżej nieokreśloną, ohydną paciają. Widzę, że bawimy się na bogato.
Facet, nadal się nie odzywając, wyszedł i zamknął za sobą drzwi na klucz. Spojrzeliśmy na tacę. Niemal jednocześnie sięgnęliśmy po wodę.
Zapomniałam, jak dawno nic nie piłam. Na smak wody w ustach poczułam się niezwykle szczęśliwa. Duszkiem wypiłam całą szklankę i odstawiłam ją już pustą z powrotem na tacę.
Nico był oszczędniejszy, wypił połowę swojej wody i sięgnął po kromkę. Wziął małego gryza z niepewnością w oczach. Przełknął powoli i odłożył chleb.
- Fuj – wystawił język – Dawno nie jadłem czegoś tak obrzydliwego.
Zerknęłam na kanapkę, ale stwierdziłam, że zaufam mu w tej kwestii. Westchnęłam cicho i oparłam głowę o ścianę odchylając ją do tyłu.
Patrzyłam na sufit. Był biało szary, nieciekawy. Przeniosłam wzrok na ścianę. Biało szarą ścianę. W całym pokoju mogłam zatrzymać wzrok tylko na dwóch rzeczach. Jedną z nich była śpiąca córka Demeter, a drugą syn Hadesa.
Oczy miał, jak zwykle zresztą, podkrążone, włosy potargane; pełno było w nich błota, podobnie, jak na jego lotniczej kurtce i czarnych jeansach. Przymknął powieki i uśmiechał się lekko, jakby myślał o czymś przyjemnym, co był raczej dziwnym zjawiskiem.
- O czym myślisz? - pytanie samo wyskoczyło z moich ust, zanim zdążyłam to przemyśleć.
- Ja?- Nico otworzył oczy, a uśmiech na jego twarzy zastąpiło zdziwienie.
- A kto inny?
- Wyobrażałem sobie, że misja już się skończyła – kąciki ust znowu podniosły mu się do góry.
- I to dlatego się uśmiechasz? - spytałam zbita z tropu.
- Nie do końca, w sumie, to myślałem o wyrazie twarzy Leo.
- Leo? - teraz już zupełnie nie wiedziałam, o co mu chodzi.
- Tak. Leo od Hefajstosa.
- Wiem, kto to!
- Ech... Miałem na myśli to, że... – urwał, jak zawsze, kiedy wstydził się coś powiedzieć. Coś o nas.
- Że?
- Że to ja pierwszy mam dziewczynę – zarumienił się słodko i spuścił wzrok. Cóż. Wyznawanie swoich uczuć i myśli nie było jego mocną stroną.
Zastanowiłam się nad tym, co powiedział. Nico, który odtrącał od siebie wszystkich, który bał się powiedzieć cokolwiek o sobie, który zawsze chował się w cieniu. Z drugiej strony Leo. Śmieszny, żartowniś wręcz, podrywający każdą dziewczynę w promieniu kilometra. Tak, fakt, że to Nico pierwszy "ma dziewczynę" zasługiwał na uśmiech.
Dalej patrzyłam na syna Hadesa. Może i był "ufaflany", ale nawet tak nie potrafiłam stwierdzić, że nie jest przystojny. Nie patrzył mi w oczy, pewnie z powodu tego, co powiedział, więc ja mogłam bez żadnego zażenowania patrzeć w jego.
Mimo tej misji, która stawała się coraz bardziej absurdalna i straszna poczułam, że chyba po raz pierwszy od długiego czasu czuję się szczęśliwa. Właściwie, to czułam się tak, od kiedy pocałowałam Nico. Wcześniej, zanim trafiłam do Obozu Herosów, czułam, że nie mam swojego miejsca. Teraz miałam, Obóz. A gdyby zniknął on z powierzchni ziemi, to i tak takie "moje miejsce" istnieje. Przy synu Hadesa. Niemal zganiłam się za tę "romantyczną" myśl. To zupełnie nie w moim stylu.
- A ty, o czym myślisz? - teraz na serio żałowałam swoich rozmyślań.
- Nie ważne – zrobił zawiedzioną minę.
- Ja ci powiedziałem – zauważył.
- Owszem – zerknęłam mu w oczy – No dobrze. Myślałam, że przy tobie pierwszy raz od wielu lat czuję się naprawdę szczęśliwa.
Nie odezwał się, ale biło od niego takie zadowolenie, że nie musiał tego robić, żeby udowodnić, że podobają mu się moje myśli. Mi w żadnym stopniu nie podobało się to, że musiałam mu o nich powiedzieć, ale cóż.
Daisy poruszyła się we śnie. Mruknęła "tato" i przewróciła się na drugi bok.
- Co tak właściwie stało się z jej ojcem? - Spytałam.
- Nie wiem, pewnie wrócił do domu po ataku tego piekielnego ogara i teraz szuka swojej córeczki po całych stanach.
- I nikt mu nie powie, co się stało?
- Chyba lepiej, jeżeli zrobią to po udanej misji – zrobił ponurą minę.
- Dlaczego?
- Jak wróci, to będzie wiedział, gdzie mieszka i że nic jej nie jest. A jak... nie wróci, to będzie myślał, że może gdzieś jest i znalazła nowy dom.
Nie odpowiedziałam. W mojej głowie wciąż kołotały się słowa: "Jak nie wróci". Nie wróci? To znaczy... Nie dopuściłam do siebie tej myśli. Na pewno wróci. Będzie żyć w obozie i wkurzać wszystkich dookoła. Będzie biegać, skakać i śmiać się cały czas. Wróci.
Córka Demeter zaczęła się wiercić. Po chwili usiadła i otworzyła zielone oczy. Przez jakiś czas patrzyła na nas jakby nas nie widząc, a w jej oczach zbierały się łzy.
Starając się zapobiec płaczu przytuliłam ją szybko i zaczęłam szeptać.
- To tylko sen, tylko sen.
Daisy załkała cicho, a kilka sekund później ryczała na całego. Poznajcie moją umiejętność pocieszania dzieci.
- Nie rozumiesz! - krzyknęła załamującym się głosem – Go goniła zła pani! Cała w piórach! I miała takie okropne zęby!
- Kogo goniła ta pani? - Nico starał się pomóc. Mówił delikatnym głosem, ale i tak zgromiłam go wzrokiem. Na próżno, córka Demeter znowu wybuchnęła płaczem.
- Tatę – załkała, kiedy już przestała płakać.
Przytuliłam ją mocniej.
- Nic mu nie będzie, zobaczysz. Jak tylko skończymy misję, to do niego zadzwonisz, dobrze?
Dziewczynka przestała szlochać. Odsunęłam się od niej i wytarłam łzy z twarzy.
- Dobrze – powiedziała cicho.
Chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Zegar za ścianą tykał, a my czekaliśmy aż Daisy się uspokoi.
- No, to chyba możemy ruszać – zagadnął w końcu Nico.
- Tak, chyba tak – odparłam i wstałam. Córka Demeter też.
Złapaliśmy się za ręce, a ja przygotowałam się na najgorsze.
W tej chwili drzwi ponownie się uchyliły, ukazując nam twarz tego samego policjanta, co wcześniej. "Teraz będziemy mieli przechlapane" przemknęło mi przez głowę. Wszyscy będą mieli szansę zobaczyć moją twarz w kartotece policyjnej. Mężczyzna otworzył szeroko oczy, a krzyk zamarł mu w gardle.
Nico go nie zauważył. Jak w zwolnionym tempie obserwowałam, jak powoli zapada się w ciemność. Już czułam to okropne uczucie w żołądku. Facet patrzył oniemiały, a my znikaliśmy w cieniu, który po chwili całkowicie nas pochłonął.

***

Wycie i wrzaski. I ciemność. Jedyną rzeczą, która dodawała mi otuchy była ręka syna Hadesa. Ścisnęłam ją mocno. Wiatr wiał mi w twarz, nie mogłam złapać oddechu. Zrobiło mi się niedobrze.
I wtedy wszystko ucichło. Otworzyłam oczy, które nie pamiętam, kiedy zamknęłam. Ze wszystkich stron otaczała mnie biel i niezdrowa zieleń. Zwymiotowałam.
- Spite? Co się dzieje? - Nico puścił moją rękę i złapał mnie za ramiona.
- Nic, tylko... to chyba po podróży – odpowiedziałam wyjawiając tylko połowę prawdy.
Rozejrzałam się po sali. Puste łóżka przykryte miętową pościelą. Białe ściany. I dwie pary drzwi. Podbiegłam do tych oznaczonych napisem "WC" i przemyłam usta, a potem twarz i od razu poczułam się lepiej.
Wyszłam z łazienki i podeszłam do Nico i Daisy.
- Możemy już iść – powiedziałam cicho.
- Na pewno? Wszystko już okej? - spytał syn Hadesa wyraźnie zmieszany.
Kiwnęłam głową i ruszyłam do drugich drzwi. Nico i córka Demeter ruszyli za mną.
Na korytarzu było zgaszone światło. Nacisnęłam najbliższy włącznik. Białe, szpitalne lampy zaszumiały, zamrugały i w końcu zapaliły się zupełnie. Hol, w którym się znaleźliśmy, miał zieloną podłogę i tego samego koloru listwy na wysokości dłoni, zapewne były to po to, żeby pacjenci mogli się ich przytrzymywać. Ściany, na szczęście, nie były zielone, tylko białe, a co jakieś pięć metrów stały w nich jasne, drewniane drzwi.
Skręciłam w prawo, ponieważ po lewej stronie korytarz się kończył.
- A jak mamy znaleźć Temidę? - mój głos poniósł się echem po holu. Mimo iż mówiłam cicho ten dźwięk wydawał mi się bardzo głośny.
- Właściwie, to nie wiem – odpowiedział szeptem syn Hadesa – Ten wredny policjant mówił, że będzie na specjalnym oddziale. Wiesz, dla takich ludzi w śpiączce.
- Czyli szukamy sali, w której będzie dużo śpiących ludzi? - spytała Daisy.
- Chyba nie, teraz wszędzie śpią, ale na drzwiach powinno być napisane, co to za sala.
Dalej szliśmy cicho i czytaliśmy podpisy na drzwiach. Nie wiem, ile czasu minęło, ale mi zdawało się, że cała wieczność, zanim Nico szepnął:
- Tu.
Stanęliśmy. Rozejrzałam się po korytarzu i powoli nacisnęłam klamkę, która ustąpiła z cichym kliknięciem.
Weszliśmy do środka. Sala przypominała wystrojem korytarz, ale była szersza, a pod ścianami stały cztery łóżka. Czwarte z nich było puste. Na tym, którego byliśmy najbliżej leżał jakiś facet, po uszy przykryty pościelą. Na następnym mała dziewczynka, mniej-więcej w wieku Daisy, a na trzecim młoda kobieta, która zdawała się lekko świecić. Temida.
- I co, mamy ją stąd po prostu zabrać? - spytał Nico.
Mnie też wydawało się to o wiele za proste, ale postanowiłam, że choć raz będę optymistką i z góry założę, że rzeczywiście wszystko jest dobrze i nie trzeba się martwić.
- Wydaje mi się, że przynajmniej raz powinniśmy mieć szczęście – mimo wcześniejszego zapewnienia mój głos nie brzmiał zbyt przekonująco.
- Może – odpowiedział zdawkowo syn Hadesa.
Na palcach skradałam się do łóżka bogini, kiedy przypomniałam sobie, że jesteśmy w sali dla ludzi w śpiączce, raczej mało prawdopodobne było to, że chociaż jedno z nich się obudzi.
Pewniejszym już krokiem podeszłam do Temidy. Wyglądała tak niewinnie śpiąc... Puszyste kasztanowe włosy rozsypywały się po poduszce i spływały prawie do ziemi. Oddychała lekko i była niesamowicie blada, co przyjęłam jako zły znak.
Stanęłam przy niej. Dopiero teraz zauważyłam, że jest podłączona rożnymi rureczkami do kroplówki, która wisiała na stojaku po prawej stronie łóżka. Na szafce obok jej głowy stała szklanka z zielonym kisielem. Skąd ja to znam... Nie wiem, co takiego jest w jabłkowym kisielu, ale wszystkie dzieci na sali, włącznie ze mną, musiały go jeść. Pamiętam, że był obrzydliwy.
Zresztą to głupie, przecież ona była w śpiączce, a przynajmniej według lekarzy, po co jej kisiel? To bez sensu.
- Czy my możemy ją tak najnormalniej w świecie odłączyć od tego wszystkiego? - Nico zrobił niepewną minę, chyba nigdy nie miał do czynienia ze szpitalem. A w każdym razie nie takim.
Nie odpowiedziałam. Wyrwałam rurkę z wenflonu przy ręce Temidy, wzięłam z szafeczki nożyczki i rozcięłam nimi plaster, który trzymał "igłę".
- Mógłbyś mi podać wacik i spirytus? - wyciągnęłam wolną rękę w stronę chłopaka, który szybko wykonał moje polecenie. Zamoczyłam wacik w płynie i przytknęłam do wenflonu, po czym wyciągnęłam go szybkim ruchem. Jeszcze chwilę trzymałam mokry opatrunek przy miejscu, gdzie przed chwilą była igła i odliczyłam do trzydziestu. Zabrałam wacik.
- Teraz możemy ją stąd zabrać – powiedziałam spokojnym głosem, ale w głowie wciąż kołotały mi wspomnienia, które wróciły ze zdwojoną siłą. I nie były one miłe.
Nadal ze zdziwioną miną syn Hadesa ściągnął kołdrę z bogini sprawiedliwości. Zabawne, ciągle miała na sobie grecki, biały chiton. Zastanawiałam się, czy śmiertelnicy widzieli coś innego, przecież powinni ją przebrać w szpitalne ubrania.
Teraz byłoby dobrze, gdybyśmy szybko przenieśli się cieniem do jakiegoś hotelu w Kansas, odpoczęli i rano trzeciego dnia znaleźli się u Hypnosa. Ale nie ma tak dobrze. Gdyby wszystko było tak łatwe Mojry nie miałyby zabawy, prawda?
W chwili, kiedy mieliśmy już lecieć usłyszeliśmy kroki tuż przed drzwiami. Wstrzymaliśmy oddechy. Klamka powoli opadała, a my jak głupi staliśmy w miejscu. Drzwi uchyliły się. Ktoś wchodził do sali.

czwartek, 5 czerwca 2014

Rozdział XI

Ten rozdział trochę krótki, ale mogłam, albo wstawić krótki teraz, albo za tydzień w niedzielę długi, więc stwierdziłam, że tak będzie lepiej...
Zakończenie tym razem już nie takie słodkie, żeby zrekompensować poprzedni rozdział :D
_________________________

Po odpowiedzeniu Nico'wi czegoś w stylu: "Eee... Ja... ciebie też.", zrobieniu z siebie kompletnej idiotki zaplątując się w kołdrę i spadając z hukiem z łóżka i (w końcu!) wstaniu na równe nogi, z twarzą czerwoną jak burak, wyszliśmy po cichu na korytarz. Wcześniej powiedziałam jeszcze synowi Hadesa, że Kob okazał się przyjacielem, co Nico skwitował krótkim: "to fajnie", prawdopodobnie dlatego, że był zmęczony po podróży. Westchnęłam cicho i zeszłam po schodach.
Nie wiedziałam, gdzie mam szukać boga kłamstwa, a nie wydawało mi się, żeby ciągle był w kuchni, ale i tak było to pierwsze miejsce, do którego zajrzałam. Niestety, było puste. Podobnie jak pomieszczenie, w którym rozmawiał z Gają. Weszłam tam ostrożnie, bo nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Moim oczom ukazała się... biblioteka. Niemal czułam zawód. Miałam nadzieję, że znajdę tam salę tortur, albo coś równie ciekawego i godnego uwagi, ale nie można zawsze mieć szczęścia, prawda? W każdym razie tak chyba myślały Mojry. Miałam cudownego chłopaka u swojego boku, który (nadal nie mogłam w to uwierzyć) w dodatku twierdził, że mnie kocha. Najwyraźniej to było dla tych wrednych bab za wiele.
Podeszłam do pierwszego regału. Stało na nim całe mnóstwo rozmaitych książek. Przejechałam palcami po ich okładkach. Napisy były w wielu różnych językach. Po angielsku, po starogrecku, ale i po Łacinie i były też takie, które nie były napisane, a w każdym razie nie w pełnym tego słowa znaczeniu. Widniały na nich egipskie hieroglify, choć muszę przyznać, że tych było chyba najmniej. Te, które umiałam przeczytać nie miały zachęcających tytułów dla normalnych ludzi, ale mnie się spodobały, uważałam, że Kob ma dobry gust. Wśród nich były takie pozycje, jak "Wzywanie Umarłych – podstawy" czy "Ścieżki Bogów – tłumaczenie" albo "Tortury w Tartarze, czyli sposób na pozbywanie się wrogów".
- To nie wygląda na bibliotekę przyjaciela – odezwał się cicho Nico.
Odwróciłam się. Trzymał w rękach książkę zatytułowaną "Jak Wezwać Moc Tytana i inne sposoby na podbicie świata". Odwołuję uwagę o dobrym guście. To się robiło przerażające. Przełknęłam ślinę.
- Chyba masz rację – powiedziałam tak cicho jak mogłam, bo nadal nie wiedzieliśmy, gdzie właściwie jest bożek kłamstwa.
- To co zmywamy się? - spytał szeptem, ale zaraz po tym rzucił szybkie spojrzenie w stronę drzwi, przez które tu weszliśmy.
Podążyłam za jego spojrzeniem. O framugę opierał się nonszalancko Kob. Patrzył na mnie z uśmiechem, który mówił: "Naprawdę jesteś taka głupiutka?"
- Naprawdę jesteś taka głupiutka, siostrzyczko? - a nie mówiłam? Powinnam zostać szpiegiem, albo kimś, kto przesłuchuje złoczyńców. Chyba umiem czytać w umysłach ludzi (bądź bogów, nieważne).
- Nie jestem – odpowiedziałam – Nie wiem o co ci chodzi.
Bożek zaśmiał się szyderczo, a mną wstrząsnęły dreszcze. Znowu. Kob nadal się śmiał.
- Widzę, że przyprowadziłaś tego swojego chłopaka – powiedział, kiedy w końcu przestał się śmiać – tym lepiej, będzie zabawniej – uśmiechnął się, jakby proponował nam ciekawą wycieczkę po wesołym miasteczku, ale jego oczy błyszczały szaleństwem, jak oczy mojej matki.
I wtedy wszystko się popaprało, łagodnie mówiąc. Kob wyciągnął zza pasa miecz (nie mam pojęcia, jak mogłam go wcześniej nie zauważyć) i rzucił się na nas. Szczerze mówiąc nadal nie wiem, kogo chciał tym mieczem ciachnąć, ale celował w nogi, co mogło znaczyć, że nie chciał nas pozabijać. Mogło.
Nico złapał mnie od tyłu i pociągnął w tył z szybkością godną pochwały. Gdyby tego nie zrobił nie miałabym już nóg, co wydawało mi się raczej kiepskim podsumowaniem naszej misji.
- Spite! - wrzasnął bożek – Nic ci nie zrobię! - jego oczy przewiercały mnie na wylot z taką dozą szaleństwa, że pomyślałam o tych wszystkich ludziach w szpitalu psychiatrycznym jak o istotach całkiem zrównoważonych. Mimo to czułam siłę, która kazała mi wierzyć, że on ma racę. Na moje szczęście udało mi się ją odeprzeć.
- Jasne – odpowiedziałam i pobiegłam w głąb korytarza, który tworzyły regały, ciągnąc za sobą syna Hadesa. Biegliśmy ile sił w nogach. Skręcaliśmy nie wiadomo ile razy, ale ciągle słyszałam, że Kob biegnie za nami.
- Jesteś może gotowy na podróż cieniem? - zapytałam z nadzieją w głosie, nadal nie przerywając biegu.
- Teoretycznie tak – odparł zdawkowo Nico.
- Teoretycznie?! - kolejny skręt. Oj, źle. Bożek stojący przede mną spojrzał mi w oczy. Obróciliśmy się szybko i pędziliśmy znowu przed siebie.
- Jak to "teoretycznie" – wydyszałam bez akcentowania pytania. Gardło mnie piekło, jakbym połknęła żywego demona z pazurami.
- Ujmę to inaczej: Tak, jestem gotowy, ale... - znowu skręt – Ale na dom są założone hmm... zaklęcia ochronne. Nie mogę się wydostać, chociaż dało się... - skręt w lewo – wejść, to wyjść się nie da, to jest pułapka.
- Kapitalnie – mój głos ociekał sarkazmem – Masz może, w takim razie, jakiś pomysł?
- Wystarczy, że uda nam się wydostać z budynku. Potem nie powinno być problemu.
W chwili, kiedy Nico to mówił skręciliśmy ponownie, a ja omal nie dostałam zawału... ze szczęścia. Staliśmy przed drzwiami wyjściowymi z tej piekielnej biblioteki.
- Mam was! - głos bożka przetoczył się echem po sali. Nie wytrzymałam i odwróciłam się.
Kob stał trzy metry przede mną. Może to brzmi niezbyt strasznie, ale w takiej sytuacji trzy metry to zdecydowanie za mało.
- O co ci chodzi? - pytanie samo ze mnie wyskoczyło, wbrew mojej woli. "Moja wola" chciała jak najszybciej stąd wiać, ale ta druga część mnie była strasznie ciekawa co kierowało tym psychopatą. Sama nie wiem dlaczego. Może trochę z żalu? To nie jego wina, że jest tym, kim jest. Był bożkiem kłamstwa i nie mógł tego zmienić. Mimo to miałam do niego żal, że chciał mi odciąć nogi, też nie wiem dlaczego (wyczujcie sarkazm, proszę).
- Czego ja chcę? – Kob był zaskoczony moim pytaniem, zresztą tak jak Nico, który próbował mnie wyciągnąć za drzwi – Ja chcę tylko mieć tu towarzystwo. Mieszkam tutaj całkiem sam, tylko czasem pojawia się matka, ale ona nie należy do ludzi gotowych udzielać się towarzysko – uśmiechnął się sarkastycznie, a mi zrobiło się go autentycznie żal – No, ale nie potrzebuję tego twojego syna Hadesa, który pewnie by cię namawiał do powrotu na świat, więc zapewne bym go zabił, ale to nieważne – odwołuję to, wcale nie nie było mi go żal.
Zrobiłam się cała czerwona. Odwróciłam się na pięcie i wybiegłam do salonu razem z Nico, który był oszołomiony po wyznaniu Kob'a. Z hukiem wyważyliśmy drzwi wyjściowe i wbiegliśmy w mgłę. A może i w Mgłę. Zeus tylko wie.
Pędziliśmy przed siebie przez mokradła potykając się i zapadając w bagno. W końcu syn Hadesa przystanął. Pochylił się i złapał dłońmi za kolana. Odetchnął kilka razy , wyprostował się i zerknął za siebie.
- Chyba już nas nie goni – powiedział zachrypniętym głosem.
Zerknęłam w stronę domu. Nie widziałam go dokładnie. Właściwie, to w ogóle już go nie widziałam. Docierało do mnie tylko lekkie światło z okien.
- No. Chyba się poddał – odwróciłam się w stronę ciemności spodziewając się zobaczyć nieprzenikniony mrok. Jakież było moje zdumienie, kiedy zobaczyłam nikłe światło – Patrz! - zawołałam i szturchnęłam Nico w bok.
- Co...? Czy chodzi o to światło? - zmrużył oczy starając się wypatrzeć, co jej rzuca – Wiesz co... Mam złe przeczucia.
Ale ja go nie słuchałam. Coś mnie ciągnęło w stronę tego blasku. Czułam, że muszę do niego podejść, inaczej spotka mnie wielkie nieszczęście! Jak mogłam tego wcześniej nie być pewna, przecież to było oczywiste!
- Spite...? - w głosie syna Hadesa brzmiała niepewność, ale poszedł za mną.
Zapadałam się po pas w gęste błoto, ale nie przestawałam iść przed siebie. Byłam coraz bliżej celu. Światło rosło i rosło i rosło, a ja czułam się coraz bardziej niecierpliwa. Wtem zobaczyłam czyjąś postać. Stała tuż przy tym blasku. Tak, że kiedy na nią patrzyłam widziałam tylko kontury, bo reszta zlewała się w świetle.
Postać poruszyła się, a ja zdałam sobie sprawę, że już ją kiedyś widziałam . To na pewno był mężczyzna. Dosyć wysoki i dobrze zbudowany. Mózg sam podsunął mi do ogólnego obrazu twarz. Miłą i łagodną, uśmiechającą się do mnie szeroko. Jak z portretu w moim śnie. Tym w którym spotkałam moją matkę.
- Tato? - spytałam łamiącym się głosem.
Mój ojciec pokiwał głową, ale się nie odezwał. Zaczęłam iść szybciej. Musiałam do niego podejść! Tak się za nim stęskniłam przez te wszystkie lata! Miałam tak wielkie poczucie winy z powodu jego śmierci, że teraz, kiedy widziałam go żywego, poczułam jak wielki ciężar spada mi z serca. Poczułam się lżejsza. Uśmiechnęłam się tak szeroko jak tylko potrafiłam.
Coś złapało mnie za rękę. Próbowałam się wyrwać, ale ten ktoś złapał mnie za obie ręce od tyłu i wygiął je do góry, co mnie skutecznie unieruchomiło. Jeszcze chwilę szarpałam się, ale byłam wyczerpana. Załkałam cicho.
- Przepraszam! - zawołał Nico – Spite, zrozum, to pułapka! Go tu nie ma! Przykro mi to mówić, ale on nie żyje, a w tych sprawach możesz mi ufać.
- Nie, nie, nie – przecież ja go widziałam, on tu był! Dlaczego Nico nie chce, żebym była szczęśliwa?
- To nie tak! - odpowiedział na moje nieme pytanie syn Hadesa, jakby umiał czytać w myślach – Uwierz mi! To tylko iluzja! To sztuczka tych nimf bagien! Yyy... one nazywają się chyba Eleionomae.
- A dlaczego mam ci wierzyć? - zapytałam z jadem w głosie, czego od razu pożałowałam.
- Chętnie sam bym tam pobiegł – odpowiedział przybity – Gdyby nie to, że wiem, że ona nie żyje. To naprawdę tylko iluzja – w jego głosie brzmiał autentyczny ból.
Poczułam ukłucie w sercu. On nie może kłamać. Nie kłamałby w takiej sprawie. Zerknęłam ostrożnie na to, co wyglądało jak mój tata. Zamigotał lekko jak hologram i po chwili już go tam nie było. Zamiast niego stała tam jakaś młoda kobieta o zielonkawo-brązowym odcieniu skóry i w poszarpanej, brudnej sukience. Twarz mogłaby być nawet ładna, gdyby nie chorobliwy odcień i złość w oczach. Czerwonych oczach.
- Tartar niech pochłonie tych synów Hadesa! - wrzasnęła piskliwym głosem, który brzmiał, jakby śpiewaczka operowa wlała sobie kwas do gardła – Nie żeby spotkała innych oprócz tego, ale i tak! - rzuciła nam spojrzenie spode łba.
Zadrżałam i cofnęłam się gwałtownie, zapominając o tym, że za mną stał wspomniany przez nią syn Hadesa. Wpadłam na niego i oboje runęliśmy w błoto z głośnym “PLUSK!!!”. Przez głowę przemknęła mi straszna myśl o utopieniu się w tej gęstej mazi. Nie otwierałam oczu, ale czułam, że coś czai się pode mną w tym bagnie.
Na szczęście udało mi się wygrzebać na powierzchnię, podobnie jak Nico. Gdyby nie okropna sytuacja, w jakiej się znajdowaliśmy, na pewno bym się uśmiała. Chłopak wyglądał jakby jakiś niewdzięczny potwór zwrócił na niego zawartość swojego żołądka.
Nico musiał zobaczyć mój wyraz twarzy, ale modliłam się do Mojr, żeby nie odkrył, o czym myślałam.
- Ty też nie wyglądasz lepiej – syn Hadesa uśmiechnął się. Głupie Mojry.
Jedynym plusem tego, że błoto miałam też na całej twarzy było to, że zakryło ono mój rumieniec. Extra. Mam chłopaka od bodajże doby, a już miał okazję oglądać mnie całą umazaną błotem. Bogowie, ale obciach.
Z miejsca, gdzie stała nimfa bagna dobiegł mnie syk. Szybko spojrzałam w tamtą stronę. Okropna dziewczyna pełzła do nas po powierzchni błocka. Już wiedziałam, dlaczego ma tak brudną kieckę.
Wyciągnęłam mój miecz z pochwy, a w mojej głowie zapaliło się ostrzegawcze światełko mówiące, że miałam szczęście, że nie nadziałam się na niego w nocy, kiedy spałam z nim u boku. W myślach zaznaczyłam sobie, żeby następnym razem uważać.
Nico też wyciągnął miecz. Jego oczy błyszczały w ciemnościach, a ja poczułam się szczęśliwa jak nigdy, że odwzajemnia moje uczucia. Nadal wydawało mi się to niemożliwe. Tak samo, jak to, że ja byłam w stanie się zakochać! Byłam ciekawa, czy on też się dziwi, że on umiał. Nie wyglądał na takiego, któremu to przychodzi łatwo, wiec podejrzewałam, że tak.
Zeusie! Co jest ze mną nie tak?! Zaraz jakaś okropna, zgniła nimfa się na nas rzuci, a ja myślę o miłości?! Otrząsnęłam się i przybrałam pozę do walki.
I właśnie wtedy zdarzyło się coś, co sprawiło, że wszystko znowu się zawikłało. Mojry najwidoczniej uznały, że atak jednej wściekłej nimfy nie jest wystarczająco przerażający. Przecież co takiego może nam zrobić jedna dziewczyna? To takie banalne! Pstryknęła tymi swoimi paluchami i... Tak. Z bagna wyłonił się jakiś tuzin ohydnych nimf ociekających błockiem. Omal nie zwymiotowałam śniadania. Właściwie, to na pewno bym to zrobiła, gdybym wcześniej jadła śniadanie.
- πόρνη* – przeklął Nico po grecku, a ja w zupełności się z nim zgodziłam.
- A... Nie możesz nas przenieść cieniem? - zapytałam z nadzieją.
- Yyy... Nie. Nadal coś mnie blokuje. Myślę, że za mało się oddaliliśmy od tego domu i ta magia jeszcze działa – a już miałam nadzieję na szczęście.
Byłam załamana. Dom był za nami, a nimfy przed. Musieliśmy z nimi walczyć, żeby się oddalić od tej głupiej magi, która nie pozwalała nam na spokojny powrót do Daisy i Temidy.
Westchnęłam spazmatycznie i przygotowałam się na najgorsze.

***

Opis walki jest technicznie niemożliwy, ponieważ... Nie do końca całą ją pamiętam. Włączyłam tryb “machanie mieczem” i rzuciłam się na maszkary.
Pierwsza wyparowała szybko, a to co z niej zostało (wiem, że to brzmi makabrycznie, ale chodzi mi o ten proszek, który zostaje zazwyczaj po potworach) zapadło się w muł.
Z drugą nie było tak łatwo. Podrapała mnie mocno pazurami, zanim udało mi się ją unicestwić.
Co było dalej naprawdę nie pamiętam. W głowie mam obraz mojego miecza, pazurów i kłów nimf oraz Nico walczącego z potworami.
Nie wiem ile to trwało, ale w końcu zabiliśmy prawie wszystkie dziewczyny, a te nieliczne, które nam umknęły zwiewały najszybciej jak umiały i mam wrażenie, że długo dochodziły do siebie.
Mozolnie posuwaliśmy się przed siebie. Zdawało mi się, że błoto zrzedło, ale i tak byliśmy strasznie wyczerpani po walce, więc szliśmy wolniej niż wcześniej. Maź zasychała mi na nogach, co nie ułatwiało chodzenia.
Wreszcie, po nie wiadomo jak długim czasie grunt przestał być grząski i pojawiła się trawa. Może i była szara i brudna, ale cieszyłam się na jej widok, miałam dość błota na całe życie. Syn Hadesa zatrzymał się i odetchnął głęboko.
- Chyba mógłbym nas przenieść – oświadczył, a ja niemal podskoczyłam z radości. Potem zobaczyłam jego zmęczoną minę. Oj nie. Nie wydawało mi się to najlepszym pomysłem.
- Nie ma mowy – powiedziałam stanowczo – zostaniemy na razie tutaj. Odpoczniemy. A potem przeniesiemy się do Daisy i Temidy.
- Spite... - jęknął Nico – Naprawdę to nie jest potrzebne... Przeniosę nas, nie ma sprawy.
- A co, jeżeli przeniesiemy się w niebezpieczne miejsce, a ty zemdlejesz? Co? Zostanę sama i będę skazana tylko na siebie! - nie do końca tak myślałam, ale miałam szczerą nadzieję, że to do niego trafi.
- No dobra, masz rację – mruknął i usiadł na trawie.
Usiadałam koło niego i rozprostowałam nogi. Syn Hadesa westchnął i położył się na plecach.
- Może to nie był taki zły pomysł – powiedział i uśmiechnął się lekko.
- Wiem, że nie był, przecież był mój – odpowiedziałam zaczepnie i też się położyłam. Moje nogi prawie westchnęły ze szczęścia.
- Nico? - przekręciłam się na bok i moja twarz znalazła się pieć centymetrów od jego twarzy.
- Hmm? - mruknął cicho i otworzył oczy. Czarne, piękne... Zaraz, o co ja miałam się zapytać? Cholera by wzięła te jego oczy!
- Yyy... - odpowiedziałam mądrze – To znaczy... Chciałam zapytać, co właściwie zrobiłeś z Daisy i Temidą. Ukryłeś je gdzieś? - brawo dla mnie! Udało mi się wyartykułować pełne zdanie!
- No... Są w hotelu pod St. Louis – nabrałam powietrza, ale on mi przerwał, zanim zdążyłam zapytać – Tak. Jestem pewny, że nikt z obsługi nie jest potworem. Sprawdziłem.
- To dobrze – poczułam ulgę, że nie muszę się o nie martwić.
Przymknęłam oczy. Byłam strasznie zmęczona po tym biegu przez bajoro. Nim zdążyłam się obejrzeć zasnęłam.

***

Unosiłam się w nicości. Dosłownie. Czułam się jakby grawitacja powiedziała mi “do widzenia” i poszła na herbatę razem z tym wszystkim, co powinno znajdować się we śnie.
Po chwili dookoła zaczęły się pojawiać różne rzeczy. Trochę drzew, zeschła trawa, ulica wyłożona spękanym asfaltem i tabliczka z napisem: “Blue Valley Park”. Wiedziałam, gdzie to jest. Mieszkałam kiedyś niedaleko. To był park na obrzeżach Kansas City.
Kiedy wszystko już się zmaterializowało, opadłam lekko na ziemię. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam drewniany domek, nie większy od domku Hadesa w Obozie Herosów. Nie pamiętałam, żeby stał tu wcześniej. Ostrożnie podeszłam do okna i zajrzałam.
Wnętrze przypominało wystrojem domki na obozach. Takich zwykłych, nie tych dla półbogów. Na łóżku pod przeciwległym oknem leżał młody mężczyzna. Nie widziałam go dokładnie w cieniu, ale na pewno miał ciemną karnację.
I wtedy on wstał. Jego skóra była koloru ciemnej czekolady, był smukły i muskularny, a gęste czarne włosy spływały mu na ramiona. Oczy miał w kolorze płynnego złota. Łagodne i spokojne. Ale najpiękniejsze były skrzydła. Połyskiwały delikatnie, a odcienie pomarańczu i czerwieni wydawały się takie ciepłe, że miałam ochotę ich dotknąć. Patrzyłam na nie urzeczona, a powieki zaczęły mi powoli opadać, jakbym była zmęczona. Zmęczona? Zmęczona! Już byłam pewna, kogo mam przed sobą. To był Hypnos.
Bóg snu ziewnął lekko i przeciągnął się ospale. Podszedł do mini kuchni w rogu pokoju i włączył ekspres do kawy.
- A więc, kiedy zjawisz się tutaj poza snem? - jego głos był głęboki i melodyjny, a ja dopiero po chwili zorientowałam się, że mówi do mnie.
- Ja? - mądra pytanie wyrwało mi się z ust, zanim zdążyłam je przemyśleć.
W odpowiedzi Hypnos zaśmiał się cicho, odwrócił w moją stronę i spojrzał prosto w oczy.
- Może jesteś niewidzialna we śnie, ale boga snu nie oszukasz.
- Ja jestem niewidzialna? - nie miałam pojęcia o czym on mówi. Na wszelki wypadek spojrzałam w dół, ale zobaczyłam swoje nogi.
- Myślę, że to sprawka twojej matki – odpowiedział i wziął gotową kawę do ręki – Pewnie chciała cię ukryć przed bogami. Wiesz. Ona myśli, że nie za tobą nie przepadają. Może się myli, nie wiem.
Przypomniałam sobie słowa matki i to, że żaden bóg mnie nie widział, kiedy, we śnie, znalazłam się na Olimpie. Prawie żaden.
- Apollo mnie widział - odpowiedziałam przeskakując przez okno do środka.
- Och – bóg snu machnął ze zniecierpliwieniem ręką i odstawił parujący kubek na mały stolik przy kanapie - Podejrzewam też, że, gdyby tam akurat była, Hekate by cię widziała. W końcu jest boginią magii. Kawy?
- Boginią... kawy? - zapytałam skołowana.
- Nie. Magii. Pytam, czy chcesz może kawy – uśmiechnął się dobrodusznie i potrząsnął z zachętą paczuszką z kawą.
- A czy ja się jej napiję, to się nie obudzę? - spojrzałam na niego pytająco.
- Aaa... Masz rację. Zawsze zapominam – westchnął i schował kawę do szfki – Przyszłaś, żeby porozmawiać o bogini, prawda? Odpowiem ci od razu. Tak. Musicie tu przyjść, jeżeli chcecie ją obudzić. A chcecie.
- Skąd wiesz? - usiadłam na wytartej kanapie.
- Jestem bogiem snu. Wiem, co się śni każdemu człowiekowi na świecie. No, i prawie wszystkim bogom. Niektórzy odkryli jak założyć blokady. Na przykład taki Hades, albo Zeus... W każdym razie, we śnie zazwyczaj odbija się to co przeżyłeś, lub, w przypadku półbogów, to, co dopiero przeżyjecie. Nie mówię oczywiście o szczególnych przypadkach, kiedy we śnie odwiedza cię bóg, lub bogini, albo, kiedy masz jakieś tajemnicze "wizje". To raczej działka Morfeusza. On jest od takich tam i innych. Widzę więc bardzo wiele, co daje mi niezwykłą wręcz wiedzę o tym, co się dzieje w świecie. A nie muszę się ruszać z tego domku! - uśmiechnął się szeroko.
- Aha – mądre odpowiedzi i pytania to moja specjalność.
- O! Na przykład teraz temu twojemu... No, synowi Hadesa! - pstryknął parę razy palcami.
- Nico? - spytałam nie wiedząc, o co mu może chodzić.
- Właśnie! Nico! No, mu się śni teraz, że... Hmm... Stoi w ciemnym pokoju.. Nie! Sali tronowej! Chyba jest w Podziemiu... O... a teraz wszystko mu się rozmazało i chyba śni, że... - uśmiechnął się "niewinnie", co wywołało u mnie niekontrolowany dreszcz – Czy wy ze sobą chodzicie? - pytanie Hypnosa zbiło mnie z tropu.
- Może... - odpowiedziałam podejrzliwie – A co?
- Nic... Jeżeli ze sobą chodzicie, to nic złego, że śni, że się z tobą całuje – odpowiedział bez emocji i dopił ze spokojem herbatę, a za czułam jak się rumienię.
- No dobrze – powiedział i odstawił puste naczynie na stół – A teraz porozmawiamy o poważnych sprawach. Macie trzy dni na obudzenie Temidy. Musicie przez ten czas dostać się tutaj. Inaczej będzie piekielnie trudno ją wybudzić. Zapadnie w coś w rodzaju śpiączki, a chociaż uważam, że mam na prawdę niezłe wyspecjalizowanie w tej dziedzinie, to z boginią mogę mieć lekkie problemy, a nie chciałbym, żeby sprawiedliwość odeszła. Lubiłem grać z nią w karty. Dokładnie co drugą rundę dawała mi wygrywać.
Patrzyłam jak otępiała, jak bóg snu wstaje i podchodzi z powrotem do kuchni i odstawia kubek do zlewu, po czym zalewa mocną, czarną herbatę.
- Trzy dni? - udało mi się w końcu wydukać.
- Oczywiście możecie być wcześniej. Jestem wolny. Ale nie później – ostrzegł i podał mi kubek – Myślę, że czas, żebyś opowiedziała wszystko swojemu towarzyszowi.
Wzięłam od niego kubek i upiłam duży łyk. W głowie mi się rozjaśniło. Otworzyłam szerzej oczy.
- Do zobaczenia wkrótce! - zawołał Hypnos, zanim cały obraz zaczął mi się rozmywać.
Po chwili nie widziałam już nic poza ciemnością.

***

Obudziłam się otwierając szeroko oczy. Szczerze mówiąc niewiele się zmieniło. Dookoła panowała całkowita ciemność. No, może nie do końca, ale było bardzo, ale to bardzo, ciemno.
Chciałam się przekręcić na plecy i wstać, ale coś mnie powstrzymało. Mianowicie ręka syna Hadesa obejmująca mnie od tyłu. Uznałabym, że to słodkie, ale mieliśmy mało czasu i czas nas gonił.
- Nico – szepnęłam i spróbowałam wyplątać się z jego objęć.
Nic z tego, równie dobrze mogłabym próbować ruszyć tron Zeusa z sali tronowej. W odpowiedzi Nico nie poruszył się nawet i mruknął coś o jakiś żelkach, ale ja nie chciałam dochodzić, co dokładniej miał na myśli.
- Trudno – mruknęłam – widać trzeba zrobić to mniej delikatnie – nabrałam głęboko powietrza do płuc – Nico! - wrzasnęłam najgłośniej jak potrafiłam, a możecie mi wierzyć, że mam w tym spore doświadczenie.
Chłopak drgnął gwałtownie i zamrugał w ciemnościach.
- Spite? - mruknął i przetarł oczy – Czemu krzyczysz?
Wyglądał śmiesznie. Cały w zaschniętym błocie, leżący na ziemi w ciemnościach, a tuż obok niego bagno.
- Wstajemy - powiedziałam i podniosłam się z ziemi.
Przeciągnęłam się i poczułam, jak błocko odpada zaschniętymi odłamkami z moich ubrań.
- Mam nadzieję, że w tym hotelu, gdzie zostawiłeś Daisy i Temidę jest ciepły prysznic – powiedziałam ziewając.
- Jest – odpowiedział wstając – i ja też bardzo chętnie z niego skorzystam.

***

Znowu przenieśliśmy się cieniem i znowu zrobiło mi się niedobrze. Odgłosy towarzyszące naszej podróży przyprawiały mnie o dreszcze, a ja miałam ich dość po tylu spotkaniach ze strasznymi potworami i niebezpiecznymi bogami. Albo nimfami. Albo braćmi z chorobą psychiczną, którzy usiłują odciąć ci nogi. Dobra. To chyba tyle.
O ile się nie mylę wylądowaliśmy w krzakach, choć równie dobrze mógł to być krze dzikiej róży, sądząc po licznych zadrapaniach po kolcach, których doszukałam się po wyjściu na światło ulicznych latarni.
Kiedy tak szliśmy streściłam treść mojego snu, a Nico w odpowiedzi przyspieszył.
- Jeszcze kawałek – powiedział po chwili i skręcił w prawo.
Minęliśmy kilka domków jednorodzinnych oraz sklepów. Po chwili stanęliśmy przed szyldem który głosił radosną nowinę iż znajdujemy się przed hotelem "Słoneczny odpoczynek".
Z okna pokoju na rogu na drugim piętrze unosił się gęsty i czarny dym.
- Powiedz mi, że one nie mieszkają na rogu i na drugim piętrze – szepnęłam zrozpaczona – bo jeżeli tak, to możemy pożegnać się z prysznicem.
Nico zrobił osłupiałą minę i spojrzał na mnie znacząco. Tak, to w ich pokoju wybuchł pożar.
______________________
* πόρνη - przetłumaczcie to sobie sami w google tłumaczu, bo ja nie chcę tu pisać brzydkich słów... :D Jakoś tak głupio mi ;P
Czytam = komentuję
Pamiętajcie o tej pięknej zasadzie! :D